Marek Krajewski – Liczby Charona (recenzja)

Mówi się, że tam gdzie trzech Polaków, tam cztery opinie. Stwierdzenie to jest z pewnością przesadzone. Tam gdzie trzech Polaków, tam opinii co najmniej siedemnaście i tak też wyglądała sytuacja z nowym dziełem Marka Krajewskiego. Zanim sięgnąłem do „Liczb Charona” usłyszałem lub wyczytałem wiele wypowiedzi, począwszy od tych stwierdzających, że to totalne dno, przez „no, całkiem niezła książka ziomek”, po wypociny wychwalające owe wydawnictwo w niebogłosy w kontraście do rzekomo słabych „Erynii”. Z tym ostatnim akurat zgodzić się nie mogę. „Erynie” to najlepsza książka Marka Krajewskiego pod względem fabuły kryminalnej i generalnie kawał porządnej literatury. Uprzedzając więc trochę fakty napiszę, że przesada w którąkolwiek stronę w przypadku „Liczb Charona” jest niewskazana. Czas więc zabrać głos w dyskusji.

Nowe dzieło Krajewskiego to bowiem wydawnictwo porządne, które jednak nie powala i nie do końca spełnia moje oczekiwania. Faktem jest jednak, że ten gość poniżej pewnego poziomu nie schodzi i nie popełnił jeszcze książki, którą można by z czystym sumieniem odradzić. Każda z jego powieści niesie ze sobą pewne wartości, które sprawiają, że czas poświęcony na czytanie książek pisarza z Wrocławia nigdy nie jest stracony. Pół żartem, pół serio twierdziłem zawsze (i twierdzę w dalszym ciągu), że fabuła kryminalna w książkach Krajewskiego to najsłabszy ich element. Jest to chyba generalnie najwyższy zarzut w stosunku do powieści sensacyjnej, jednak dzieła bohatera tej recenzji zawsze jakoś się broniły. Swoją wartość zawdzięczały przede wszystkim językowi, kreacji świata i świetnie nakreślonym charakterom. O pisarstwie Krajewskiego mówiło się, że jeśli ten umieszcza akcję na konkretnej ulicy, w knajpie, której specjalnością jest golonka – tak też było w rzeczywistości. Mam nadzieję, że na przestrzeni lat upodobanie do szczegółów autorowi nie przeszło, bo był to z pewnością atut jego wydawnictw.

Pewna pani profesor specjalizująca się w literaturze dwudziestolecie międzywojennego powiedziała mi kiedyś, że Breslau z tej epoki faktycznie był brudnym i mrocznym miastem. Nie ma co się oszukiwać – w serii o Eberhardzie Mocku urósł on do osobnego, pełnowartościowego bohatera literackiego. To teraz taka mała uwaga dla polonistów. Zamiast wymyślać na maturę ustną kolejny bzdurny temat w stylu „morze jako bohater literacki”, skutkujący jeszcze większym morzem banałów w pracy, spróbujcie może (!) zainteresować młodzież współczesną literaturą popularną. Breslau z poprzedniej serii książek to bowiem jedna z najbardziej pociągających kreacji miasta, z jaką miałem styczność. Jak wygląda sprawa Lwowa, czyli miejsca akcji „Liczb Charona”? Użyję tutaj klasycznego już wyrażenia mojego kolegi – „fajnie ale bez rewelacji”, którym tenże skwitował pytanie, „jak się jechało nowym 409?”. Kreacja Lwowa jest bardziej stonowana, nie tak mroczna i ciut mniej pociągająca.

Podobnie wygląda sytuacja w przypadku protagonisty nowej serii powieści Krajewskiego, czyli Edwarda Popielskiego. Podobieństwa między nim, a Mockiem są ewidentne i choć autor zdecydowanie próbuje obu panów odróżnić, ja cały czas mam wrażenie, że jest on swego rodzaju podróbką pierwszego z bohaterów. Różnice się pojawiają, są zauważalne, ale tak naprawdę dla mnie jest to wciąż ten sam koleś. W przypadku tworzenia kolejnej postaci proponuję pomyśleć o nieśmiałym absolwencie fizyki, którego znajomość łaciny kończy się na „errare humanum est”, a jego doświadczenie z piciem alkoholu zawiera się w lampce szampana na sylwestra. No dobra, takich nudziarzy nie ma co wprowadzać do literatury, ale myślę, że rozumiecie, o co mi chodzi.

To, co jest niezmiennie powalające w pisarstwie Krajewskiego, to język, jakim ten operuje. Jego książki czyta się świetnie i myślę, że gdyby autor serii o Breslau napisał stustronicowy przepis na kluski śląskie, przeczytałbym go z zainteresowaniem w dwa wieczory. Serio – powieści Krajewskiego czyta się z nieskrywaną przyjemnością i „Liczby Charona” pod tym względem trzymają poziom. Autor imituje dodatkowo słownictwo i gwarę tego czasu i regionu, język jest dostosowany do bohaterów, a partie narracyjne również nie są oderwane od rzeczywistości. Wrażenie jest świetne z jednym tylko wyjątkiem. Chodzi mi tutaj o nieporadność językową Popielskiego w kontaktach z kobietami, z drugoplanową bohaterką czyli Renatą Sperling na czele. Nie wiem, czy sam autor nie czuje się dobrze w kokieteryjnym słownictwie, czy to jego celowy zabieg, ale pewne jest jedno – frazy wypowiadane przez Edwarda do przedstawicielek płci pięknej są niewiele ambitniejsze niż moje, gdy podpierałem ściany na dyskotekach w podstawówce. Razi to w połączeniu ze świetną narracją i niebywałym wysłowieniem protagonisty.

A co tam słychać we Lwowie? Ano, jak można przypuszczać, grasuje zabójca i to w dodatku niebywały – filolog z matematycznym zacięciem, bądź odwrotnie. Po każdym zabójstwie wysyła policji tekst po hebrajsku, który jak się domyślamy, odczyta poprawnie tylko jeden człowiek. Edward Popielski jednak nie pracuje już w policji, zarabia psie pieniądze na udzielaniu korków i w dodatku zakochuje się we wspomnianej Renacie. Akcja kryminalna jest przyzwoita, choć zdecydowanie za krótka. Pach, jeden, drugi trup, Popielski wpada na rozwiązanie, pitu, pitu, koniec. Gdyby Orzeszkowa tak pisała „Nad Niemnem” może ktoś by je wtedy przeczytał. Co do zagadek matematyczno-lingwistycznych, to pojawia się często zarzut, że ich rozwiązanie jest niezrozumiałe. Ja sam, mówiąc szczerze, nie próbowałem się w to zagłębiać, choć rozumowanie Popielskiego specjalnie skomplikowane mi się nie wydawało. Po prostu zaufałem autorowi, że wszystko ma sens.

Dla pełni obrazu dodajmy, że logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy jest momentami wątpliwy. Nie będę się tutaj zagłębiał w samą końcówkę, by niczego nie zdradzać potencjalnym czytelnikom, więc przytoczę sytuację niezwiązaną z wątkiem kryminalnym. Renata Sperling jest kobietą skromną. Traci w pewnym momencie mieszkanie. Gdzie zabiera ją Edward Popielski? Do apartamentu mieszczącego się na złą sławą owianej ulicy, zamieszkanego przez geja, sprowadzającego sobie kochanków. Ułożona jak dotychczas Renata nagle nie ma nic przeciwko, by mieszkać w niebezpiecznej dzielnicy dziwek i alfonsów. Ona sama również jest trochę denerwująca – pojawia się, znika i nie może się zdecydować na dłuższy związek z Popielskim. Just make a decision – chciałoby się powiedzieć za Denzelem Washingtonem z „Dnia próby”.

Tak sobie przeglądam dotychczasowe wypociny i widzę, że powstała recenzja w tonie raczej krytycznym. No cóż – takie już jest zadanie recenzenta – trzeba szukać dziury w całym. Mimo przeważających słów lekkiej krytyki, chcę zaznaczyć w tym momencie jasno – jestem fanem Marka Krajewskiego, „Liczby Charona” czytało mi się przyjemnie, czasu, który na to poświęciłem nie uważam za stracony, a tylko po prostu po „Eryniach” moje oczekiwania były wygórowane. Kto z twórczością tego pisarza jeszcze się nie zapoznał, niech szybko nadrabia zaległości. A ja w dalszym ciągu będę czekał na jakiś kryminał, którego akcję umieści autor we współczesnym Wrocławiu. Kto jest za?

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

One Response to Marek Krajewski – Liczby Charona (recenzja)

  1. J pisze:

    Krajewskiego czytałam też Śmierć w Breslau i właśnie dziś skończyłam Liczby Charona. Lubię kryminały, ale te do mnie jakoś nie trafiają. W recenzowanej książce zagadka wyjaśniona została jakoś tak szybko i bez fajerwerków, Popielski znalazł sprawcę i tyle, później wszystko kręci się wokół innych spraw. Niestety jakoś nie mogę się wczuć w klimaty opisywane przez Krajewskiego, ale może za jakiś czas dam mu jeszcze szansę i pójdę za głosem recenzenta i przeczytam Erynie. 😉

    VA:F [1.9.22_1171]
    Rating: 0.0/5 (0 votes cast)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *