Janusz Koryl – „Urojenie” (recenzja)

Raz na jakiś czas, gnany głodem czytelniczym, staję przed półkami księgarni i czuję się jak dziecko w sklepie z cukierkami. „Urojenie” zwróciło moją uwagę dość prędko. Polski thriller? Czemu nie. Nie należę do największych fanów rodzimej literatury, ale trzeba być na bieżąco, przynajmniej w swoich ulubionych gatunkach. Tak więc wypatrzyłem okładkę, a raczej okładka wypatrzyła mnie. Nie znałem Janusza Koryla, Wydawnictwo Dreams też nie brzmiało znajomo, ale że cena przystępna, a mnie już telepały się ręce, więc książkę zakupiłem!

Tak naprawdę to thriller ale i kryminał i trochę opowieść paranormalna. Historia ma miejsce w Rzeszowie i zaczyna się w sylwestrową noc. Wśród podpitego już tłumu na Rynku krząta się staromodnie ubrany mężczyzna. Zdaje się być jakiś nieobecny i wycofany. I w ręce trzyma zakrwawiony nóż… Chwilę po północy zgłasza się na komendę policji, przyznaje do morderstwa pewnej kobiety i zostaje osadzony w tymczasowej celi. Do sprawy zostaje w trybie natychmiastowym przydzielony aspirant Mateusz Garlicki, który Sylwestra spędza z żoną na balu. I choć żonę ma wyrozumiałą, jest wściekły, że musi przerwać zabawę i zająć się sprawą, która wkrótce zacznie mu spędzać sen z powiek.

Historia toczy się dynamicznie – jest podzielona na kilkadziesiąt rozdzialików, z czego każdy zatytułowany jest miejscem i czasem opisywanego wydarzenia. Bez zbędnych dłużyzn i lania wody. Może brakuje nieco więcej dygresji, które ładnie by nam rozbudowały świat i trochę przybliżyły bohaterów, ale objętość książki to raptem dwieście kilkanaście stron, w których trzeba zmieścić się z wyjaśnieniem zagadki. A ta wikła nam się coraz bardziej. Tadeusz Olczak (morderca) w niewyjaśniony sposób znika z celi, by później jak gdyby nigdy nic pojawić się w pralni i oddać zakrwawiony płaszcz do czyszczenia. Kilkukrotnie wyprowadza policjantów w pole, serwując im mylne tropy. To co mi się podobało, to regularne serwowanie przez Koryla informacji i kolejnych drobiazgów, które mają za zadanie trzymać nas jak najdłużej przy książce. I to się udaje – bohaterowie cały czas działają: Garlicki nie siedzi z założonymi rękami, przez co sukcesywnie wyłania nam się obraz Tadeusza Olczaka oraz jego ofiary. Aspirant zresztą traktuje śledztwo bardzo poważnie; jak sam twierdzi jest ono najtrudniejsze w jego karierze i poświęca mu maksimum czasu. Do tego stopnia, że słabo sypia, a jeśli już, to nawiedzają go koszmary z Olczakiem w roli głównej.

Styl pisania Koryla jest dobry, ale bez fajerwerków. W paru miejscach zwróciłem uwagę na pewną „szkolność” w budowie zdań, przez co czasami miałem wrażenie, że czytam opowiadanie zdolnego maturzysty, a nie dojrzałego pisarza. Mimo wszystko jako całość wypada dobrze – Garlicki coraz bardziej zatraca się w śledztwie i jest to bardzo dobrze opisane, sceny, które miały przyprawić nas o dreszcz na karku, rzeczywiście to robią. W opozycji do dobrych opisów stoją niestety słabiutkie dialogi i była to rzecz, która najbardziej mi doskwierała podczas lektury. Często pojawia się wymiana zdań, która sprawia wrażenie, jakby za zadanie miała jedynie rozdzielić dłuższą partię opisów. Co gorsza, te dialogi nie mówią nic o bohaterach, nic o świecie przedstawionym, absolutnie nie popychają akcji do przodu. Jałowa wymiana spostrzeżeń w miejscach kompletnie dla mnie niezrozumiałych. Co jeszcze gorsze, często bohaterowie zadają pytania retoryczne i niepotrzebne, które nawet w realnym świecie nie doczekałyby się odpowiedzi lub byłyby skwitowane ziewnięciem. A jednak takie pytania padają i… doczekują się jeszcze odpowiedzi! Przykład pierwszy z brzegu. Główny bohater (Garlicki) ma kapelusz podejrzanego, dzwoni więc do swojego kolegi-policjanta z psem tropiącym. Pies (Hektor) wącha kapelusz, łapie trop i jak szalony biegnie przez miasto, a dwójka policjantów za nim. Scena ciekawa i okazja, przyznacie, do jakiejś soczystej, bystrej wymiany zdań, do jakiegoś tekstu, który rzuci nowe światło na Garlickiego, a przynajmniej na właściciela kapelusza. Tymczasem wywiązuje się taki dialog:

„ – Jak myślisz, dokąd nas zaprowadzi? – zapytał Garlicki, nie spuszczając oka z Hektora.

– Nie wiem – odparł Szczepanek. – Wszystko jednak na to wskazuje, że mamy szansę dopaść faceta.”

Komu potrzebny był taki dialog, nie mam pojęcia. Na pewno nie Garlickiemu, który nie wie i zadaje zbędne, durnowate pytanie, na pewno nie Szczepankowi, który też nie wie ale wygłasza banał o szansie. Czytelnikowi również ten dialog nie jest potrzebny, bo nawet jeśli jest średniobłyskotliwy, to widzi psa z nosem przy ziemi i przeczuwa, że tak, rzeczywiście jest szansa żeby dopaść faceta. Sporo takich kwiatków wypatrzyłem – rozmów i myśli bohaterów, które nie powinny zostać wypowiedziane, bo są zwykłymi zapychaczami.

Na okładce książki stoi jak byk, że Janusz Koryl został „przez recenzentów okrzyknięty polskim Stephenem Kingiem”. Nie wiem przez jakich recenzentów: czy przez blogowe szesnastki ze stosikami w co drugim poście czy przez autorytety „na papierze”, nie wiem też czy ci recenzenci czytali w ogóle coś Kinga i przede wszystkim – co palili w momencie okrzykiwania. Ja dwa dni przed rozpoczęciem czytania „Urojenia” skończyłem „Sklepik z marzeniami” i choć uważam, że nie jest to najlepsze dzieło Kinga, to nigdy, ale to przenigdy nie pokusiłbym się o takie porównanie. No bo:

PHILOSORAPTOR

Nawet nie chce mi się rozpisywać o wszystkim tym, co sprawia, że ŻADEN polski pisarz nie powinien mieć odwagi by mierzyć się z takim porównaniem. Tym bardziej pisarz spoza pierwszej ligi. Koryla z Kingiem łączy co najwyżej to, że obaj parają się pisarstwem i ich nazwiska zaczynają się na K. Tak więc tego typu slogany należy traktować jako mocno wyolbrzymiony wabik na czytelników lub jako… urojenie wydawnictwa.

Mimo paru cierpkich słów muszę przyznać, że książkę dobrze i szybko się czytało. Nie jest to wybitna literatura, bo ani pomysł ani warsztat nie powalają, są jednak w tej lekturze pozytywy, które rekompensują niedostatki. Na pewno duży plus za zakończenie, które choć bliźniaczo podobne do finału pewnej hollywoodzkiej produkcji, powinno zaskoczyć i poruszyć tych, którzy tego filmu nie widzieli. Swoją drogą wierzę, że to podobieństwo jest przypadkowe i niezamierzone. Połączenie kryminału i wątków paranormalnych nie należy do mojego ulubionego melanżu, mimo to opowieść ma swój klimat i będzie się podobać miłośnikom mrocznych historii z metafizycznym tłem. Lektura nie jest długa i ma dość „filmowy” charakter. Jednak z punktu widzenia walorów literackich, moich oczekiwań i wcześniejszych doświadczeń z tego typu literaturą, czuję się trochę zawiedziony i ciężko będzie mnie przekonać do przeczytania kolejnej książki Janusza Koryla.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

4 Responses to Janusz Koryl – „Urojenie” (recenzja)

  1. mroczna pisze:

    Bardzo trafna recenzja gratulacje ciekawego bloga.

    Zapraszam do mnie.

    mrocznybibliotekarz.blogspot.com

    VA:F [1.9.22_1171]
    Rating: 0.0/5 (0 votes cast)
  2. Magda pisze:

    Take do odparcia słów krytyki zawartej w recenzji polecam wywiad z autorem, ktory moim zdaniem wpisuje się w recenzje http://www.loungemagazyn.pl/janusz-koryl-literatura-to-piekne-klamstwo/

    VA:F [1.9.22_1171]
    Rating: 0.0/5 (0 votes cast)
  3. Książkówka pisze:

    Kolejna i rzeczowa recenzja tej książki bez zbędnych „ochów” i „achów” – i oby takich było więcej. Jeszcze jej nie czytałam, ale kiedyś to zrobię… 🙂 A mem faktycznie genialny. 😉

    VA:F [1.9.22_1171]
    Rating: 0.0/5 (0 votes cast)
  4. Paula pisze:

    Podobne mieliśmy odczucia, choć ubrałeś to w łagodniejszą formę – lepszą, po ochłonięciu i ja uważam, że trochę za ostro pojechałam, co oznacza jedno: nie pisać recenzji w minutę po odłożeniu książki. A mem – genialny 🙂 Pośmiałam. I pozdrawiam 🙂

    VA:F [1.9.22_1171]
    Rating: 0.0/5 (0 votes cast)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *