Dennis Lehane – „Mila księżycowego światła” (recenzja)

„Milę księżycowego światła” napisał facet, którego kilka powieści zostało zekranizowanych, z czego jedna, w reżyserii Clinta Eastwooda, dostała Oscara w 2003 roku. Z literatury żyje całkiem nieźle, parę milionów książek na półkach całego świata, parę milionów zielonych w kieszeni. Książki przetłumaczone na 28 języków. Mimo takich referencji, w Polsce to chyba wciąż niedoceniany i średnio znany pisarz, co powinniśmy – jako prężny i światły naród – czym prędzej zmienić.

Z Dennisem Lehane zapoznałem się kilka lat temu, przy okazji „Wyspy skazańców”. Tak, tej wyspy, którą sfilmowano rok temu (pod tytułem „Wyspa tajemnic”), a w głównej roli obsadzono Leonardo DiCaprio. Książkę jednak przeczytałem dużo wcześniej, w czasach kiedy Leoś kończył się „Infiltrować”. Wybaczcie, że się tak tłumaczę, ale nie chcę być posądzony o bycie pretensjonalną licealistką, która, gdy do kin wchodzi „Frida”, w tramwaju czyta „Fridę” tak, aby pasażerowie widzieli okładkę, albo o bycie trendi gościem, który kupuje powieść Larssona, bo do kin wchodzi właśnie ekranizacja. Tak więc najpierw przeczytałem książkę. Później nakręcono film. Amen. „Wyspę Tajemnic” polecił mi wtedy kumpel, mówiąc, że to jedna z lepszych rzeczy, jaką kiedykolwiek czytał. Ja tylko uśmiechnąłem się sceptycznie i powiedziałem, żeby przyniósł mi tę „jedną z lepszych rzeczy, jaką kiedykolwiek czytał, autora, którego nazwisko nie wiem jak się wymawia”. Przeczytałem. I powiem wam, że to pieprzone `my top ten ever`. Miazga.

„Mila…” jest swego rodzaju kontynuacją/nawiązaniem do książki sprzed kilku lat, pt. „Gdzie jesteś, Amando?” Wtedy czteroletnia Amanda znika, a dwójka detektywów (i kochanków zarazem), Patrick Kenzie i Angie Gennaro, dostają zlecenie od ciotki dziewczynki, by małą odszukać, żywą oczywiście. Amandę odnajdują u jej wujostwa (które zresztą ją porwało), gdzie dziewczynka jest kochana i nic jej nie brakuje. Patrick decyduje się oddać Amandę jej biologicznej matce, meliniastej narkomance Helene, która czas dzieli między pilota od telewizora, a aplikacją w żyłę kolejnej działki. W „Mili księżycowego światła”, której akcja rozgrywa się dwanaście lat po tamtej sprawie, ciotka nastoletniej już Amandy ponownie zgłasza się do Patricka. Bo jej siostrzenica znów zaginęła. Patrick i Angie, już jako dzieciate małżeństwo, kolejny raz wkraczają do akcji, co dla Patricka jest nieproszoną powtórką, a dla Angie próbą naprawienia błędów z czasów pierwszego „amandowego” śledztwa.

Przyznam, że choć  nie czytałem „pierwszej” części, to  gdzieś między okładką a pierwszym rozdziałem poczułem nieprzyjemną woń odgrzewanego kotleta. Średnio ufam pisarzowi, który w ten sposób odcina kupony od swojej popularnej książki (powstał nawet film!), bo to tak, jakby Kornel Makuszyński kilka lat po „Szatanie z siódmej klasy” powielił schemat i napisał „Szatan na ostatnim roku studiów”. Mało to ambitne, a od tak zdolnego pisarza jak Lehane można oczekiwać świeżutkiej intrygi i nowego środowiska. Mimo wszystko nieprzeczytanie „Gdzie jesteś, Amando?” wyszło mi na dobre – w wątkach spokojnie da się połapać, a przynajmniej nie porównuję tych dwóch części i dwóch Amand. Poznaję tę drugą, w wieku 16 lat. A w zasadzie jeszcze nie poznaję – zaginęła…

Dobra, koniec smucenia – trzeba przyznać, że Lehane naprawdę potrafi pisać. Ma świetny styl, wie jakiego słowa użyć po poprzednim, wie jak robić z nich użytek. Warsztatowo ciężko cokolwiek mu zarzucić. Oprócz tego znakomicie tworzy swoich bohaterów: kilka maźnięć, dwie wypowiedziane kwestie i mamy ludzi z krwi i kości, intrygujących (jak choćby przyjaciel rodziny, tajemniczy czarnoskóry olbrzym Bubba) czy głupawych (jak niektórzy spośród mafiosów), ale zawsze barwnych i prawdziwych. Przyznam, że pozazdrościłem Lehane`owi czysto językowych umiejętności. No i to poczucie humoru. Mimo poważnego wydźwięku książki, autor znajduje miejsce na pokaźną ilość żartów i ciętych ripost, w których celuje zwłaszcza Patrick. Czasem autor aż przeciąga strunę, kiedy na kolejnej stronie sypie dowcipami jak z rękawa, ale muszę mu oddać, że trafił w moje poczucie humoru i z większości gagów szczerze się uśmiałem. Im dalej tym robi się poważniej. Aha, miałem nie smucić ale do jednej rzeczy jeszcze się przyczepię. Dość ważnym elementem w powieści okazuje się historyczny białoruski krzyż, tak mocno pożądany przez gangsterów. I jeśli w tej chwili przestraszył was jakiś niezidentyfikowany hałas, to tak, był to zgrzyt. Bo co w tej mocno realistycznej opowieści robi pseudomityczne dewocjonalium – nie mam pojęcia, ale Lehane w tym momencie niepotrzebnie zadryfował w stronę Dana Browna, a to nie te klimaty. Sam pomysł na książkę (zaginiona i próba jej odnalezienia) może oryginalnością nie powala, ale nie zdarzyło mi się czytać na kilogramy książek o zaginionych ludziach, jest to dla mnie więc pewne novum. I chociaż z mojego otoczenia nikomu nie zdarzyło się „zniknąć”, to problem się nasila – nawet w Polsce, gdzie bez wieści przepada średnio 41 osób dziennie. Większość po jakimś czasie się odnajduje, ale statystyka robi wrażenie.

Mimo kryminalnej intrygi „Mila księżycowego światła” to książka dość spokojna i refleksyjna ale i gorzka, o niezbyt optymistycznym wydźwięku. Taka dobra obyczajówka z elementami sensacyjnymi. Nie nastawiajcie się na pędzącą jak japońskie pociągi akcję – ona jest, czasem żywsza, czasem spowalnia, ale nie tempo wyznacza wartość tej książki tylko jej problematyka. Odpowiedzialność za dawne decyzje, konflikt między prawem a zdrowym rozsądkiem, powracające rozterki i próba odkupienia win poprzez realną pomoc zaginionej, mądrej nastolatce, która na skutek decyzji Patricka wychowywała się w paskudnym środowisku. To klimaty dość ciężkawe, dlatego książkę polecam nieco starszym czytelnikom, którzy oprócz czystej zabawy przy lekturze lubią również odnaleźć tę wartość dodaną. A ta to chyba znak rozpoznawczy Dennisa Lehane, pisarza naprawdę inteligentnego, dojrzałego, który po raz kolejny mi zaimponował. Jeśli słyszycie to nazwisko po raz pierwszy, shame on you i oprócz wizyty na Wikipedii (polska wersja podaje jednak skandalicznie mało informacji o pisarzu), czas na wizytę w bibliotece.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)

4 Responses to Dennis Lehane – „Mila księżycowego światła” (recenzja)

  1. Anna M. pisze:

    Przeczytałam książkę z przyjemnością, choć nie była tak wciągająca, jak wcześniejsze części. Chyba jest najsłabsza z całego cyklu… Ale rozbawiły mnie do łez opisy zmagania się Patrick’a z kryzysem wieku średniego, brakiem kondycji, czy perypetie Angeli związane z wychowaniem dziecka i uroczy wujek Bubba. No cóż, każdy się starzeje… i dorośleje. Ale pytania pozostają takie same.

    Zapraszam na mój blog

    annamatysiak.blogspot.com

    Anna M.
    pozdrawiam 🙂

    VA:F [1.9.22_1171]
    Rating: 0.0/5 (0 votes cast)
  2. Ania pisze:

    Wydaje mi się nawet, że ma słowiańskie korzenie ;P A co do książki – wydaje mi się, że jest najsłabsza ze wszystkich Dennisowych książek 😉

    VA:F [1.9.22_1171]
    Rating: 0.0/5 (0 votes cast)
  3. Ania pisze:

    Bubba zdecydowanie nie jest czarny ;P

    VA:F [1.9.22_1171]
    Rating: 0.0/5 (0 votes cast)
    • Kali pisze:

      Ania, rzeczywiście Lehane chyba w żadnym momencie nie pisze, że jest czarny:] Nie wiem czemu, ale czytając o obrońcy rodziny, olbrzymim i trochę przygłupawym Bubbie, wyobraziłem sobie czarnoskórego mężczyznę:P

      VN:F [1.9.22_1171]
      Rating: 0.0/5 (0 votes cast)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *